Wstałam lewą nogą. Nic się dziś nie układa, tak jak bym chciała. Mimo pięknej pogody, słońca jesiennego radości nie było, uśmiechu, miłych rozmów, wewnętrznego spokoju. Cała dziś byłam naburmuszona, niedostępna, cała na "nie"...
A planowałam rodzinny spacer w słońcu, wygłupy w kolorowych liściach, setki fotografii zrobionych Natusi.
Chciałam tą jesienną aurą duszę rozweselić, męża uszczęśliwić, za rękę złapać, Natuszce wiewiórki w naszym parku pokazać, sobie prezent zrobić z widoku pajęczyn gdzieś w trawie ukrytych, w perły ubranych; uśmiechem się naszym rodzinnym nasycić...
Już noc ciemna, onyksowa i...kilka godzin ostatnich przede mną, by dzień ten odmienić.
Razem z B. uroczym herbatę gorącą, smakowitą wypić; w oczy głęboko spojrzeć i za ten dzień parszywy przeprosić.
I potem głęboko wierzyć, że dzień już taki nie wróci...
O uśmiech się modlić...
Przyszłość niepewną, pewnie w szczęśliwą zamienić.
Przyszłość niepewną, pewnie w szczęśliwą zamienić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz